Zeszyt błędów

Moim największym problem, z którym nieustannie walczę, jest unikanie powtarzania trudnych tematów, w których często się mylę. Jest to dla mnie jakieś takie….nieprzyjemne. Odkładam to często na później, czasem nawet podświadomie. Zauważyłam też, że moje błędy się powtarzają. Raz niezrozumiany temat (np odprowadzenia w EKG, te wszystkie osie), po prostu ciągnie się za mną i wraca. Nie da się od tego uciec, bo akurat w medycynie jest tak, że dużo rzeczy się ze sobą wiąże i niezrozumienie jednego systemu czy dyscypliny, przekłada się na kolejne. Oczywiście ja opowiadam o takim zeszycie z perspektywy mojego kierunku studiów, ale jestem pewna, że można ją zastosować również w innych dziedzinach. Poniżej opisałam jak organizuję taki zeszyt.

Korzyści zeszytu błędów

Po pierwsze pozwalają mi śledzić swój progres i unikać popełniania w kółko tych samych błędów. Łatwiej mi zauważyć, że mam ewidentnie problem z jakimś działem bądź tematem, jeżeli kilka stron wcześniej popełniłam podobny błąd.

Coverlover, A4, 100 stron. Wzór retro.

Zeszyt błędów w formie pliku word

Od kiedy zakupiłam iPada, niemal wszystko robię w formie elektronicznej, z wyjątkiem dziennika oraz “smart notes” (o tym będzie osobny wpis). Jakiś rok temu założyłam plik w wordzie – nazwałam go “Clinical cases – mistakes”. Do założenia pliku zmotywował mnie fakt, że czasem robię przypadki kliniczne na wielu platformach i chciałabym mieć jedno miejsce, w którym śledzę jakie popełniam błędy. Przez pierwsze kilka tygodni się tego trzymałam, a potem pojawiła się sesja, rzeczy dodatkowe i jakoś irytowało mnie szukanie pliku w folderach. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że lepiej byłoby mieć zeszyt, który leży gdzieś na wierzchu i samym tym faktem przypomina mi o systematycznym uzupełnianiu moich błędów. Jest to również jeden z trików, który pomaga mi w produktywności, zaczerpnięty z książki Atomic Habits– jeżeli rzeczy do biegania leżą na wierzchu i nie musimy ich dodatkowo wyciągać z szafy to w chwili słabości, łatwiej się w nie przebrać i pójść biegać. Co więcej, plik po kilkunastu przypadkach plik miał kilkanaście stron, bo zamiast napisać coś własnymi słowami, wybierałam przeklejenie tekstu pytania i jedynie zaznaczenie mojej błędnej odpowiedzi. To właściwie bez sensu, bo równie dobrze mogę wrócić do bazy pytań online i zobaczyć gdzie zrobiłam błąd. Ostatecznie, ciężko było się zmotywować do uzupełniania go na bieżąco, a uważam, że jest to ciekawy pomysł i chciałabym w ten sposób walczyć z moją niechęcią do tematów, które słabo umiem.

Kupuję zeszyty tak rzadko, że zależało mi na czymś porządnym. Być może jedyne czego mi brakuje to gumki żeby rogi się nie zaginały, ale wzmocniony tył jest ogromnym plusem.

Zeszyt zamiast pliku

Postanowiłam wrócić do formy analogowej i założyć prawdziwy zeszyt błędów. Widzę w tym kilka korzyści. Po pierwsze, muszę w jakiś krótki sposób zapisać swój błąd przetwarzając tekst przypadku klinicznego. W wordzie robiłam po prostu ctrl+c, ctrl+v i po sprawie. Tutaj muszę się zastanowić i aktywnie zaangażować myślenie. Brzmi głupio, ale jak robi się 15, 20, 30 przypadek, albo jestem zmęczona, łatwo się na chwilę wyłączyć i po prostu skopiować tekst bez myślenia. Wydaje mi się, że jednak przepisanie ręczne mojego błędu dużo lepiej utrwali mi w głowie to na co powinnam uważać następnym razem.

Oczywiście, są tu pewne ograniczenia – np, nie wkleimy wykresu, czy wyników badań. Jednak nie wydaje mi się, żeby to było celem zeszytu – raczej po prostu napisanie “zrobiłam błąd z X – następnym razem pamiętaj że X jest Y. W razie problemów – oglądnij osmosis”. Zawsze zapisuję dobre źródło z którego na bieżąco się uczę bo już tyle razy znalazłam jakieś fajną stronę, a potem mi to umknęło.

Organizacja zeszytu

Zależało mi na kupnie zeszytu, który będzie miał po pierwsze grube kartki (piszę piórem), po drugie dużo stron, po trzecie będzie na tyle trwały, że wytrzyma do stażu bądź specjalizacji. Zdecydowałam się na kupno zeszytu z coverlover gdyż jest porządnie wykonany, bardzo wygodnie się otwiera na płasko, można samemu zaprojektować okładkę (ja wybrałam retro) i można dodać “nazwę” zeszytu. Ja mam format A4, 100 kartek. Jest to zeszyt dość gruby i ciężki, ale w moim przypadku będzie głównie leżał przy biurku. Jeżeli muszę notować

Po pierwsze, oszacowałam mniej więcej, które działy zajmą najwięcej miejsca (np interna albo chirurgia). Zostawiłam sobie jedną kartkę z przodu na spis treści. Dopisałam wszystkie działy, z których robię przypadki kliniczne w tym roku (jest ich ok 8-9).

Co prawda dopiero zaczęłam używać zeszytu, ale wydaje mi się, że sprawdza się dużo lepiej niż plik w wordzie. Czasami po prostu wszystkich książek, notatek, plików jest tak dużo, że forma analogowa czasem wygrywa. Myślę, że i tak moje zużycie papieru jest bardzo bardzo małe i jeżeli coś mogę zrobić w formie “paperless” to staram się to zrobić.

Myszka to logitech pebble M350 i nie jest kompatybilna z ipadem. Jest świetna gdyby tylko była koloru białego… ale jak jest dobra promka, to różowy też może być:)